Kanały:
Wpisy
Komentarze

[pl]

Liczba artykułów w polskiej wikipedii przekroczyła 520 tysięcy sztuk co daje nam czwarte miejsce w światowej klasyfikacji po oczywiście angielskim, niemieckim i francuskim. Tuż za nami są Japończycy. Wynik można więc uznać za fenomenalny.

1- Angielski 2484tys.
2 -Niemiecki 782tys.
3 -Francuski 690tys.
4 -Polski 524tys.
5 -Japoński 508tys.
6 -Włoski 479tys.
7 -Niderlandzki 467tys.
8 -Portugalski 417tys.
9 -Hiszpański 384tys.
10 -Rosyjski 304tys.
Klasyfikacja globalna wikipedii (wg ilości artykułów)

Bliższe wniknięcie w szczegóły statystyk wikipedii pokazuje jednak pewne dysproporcje polskiej wiki w stosunku do innych dużych encyklopedii. Mówienie o pójściu na ilość byłoby oczywiście niesprawiedliwą przesadą, niemniej jednak uważna analiza dokładnych statystyk (nie tylko liczby artykułów) dodaje trochę goryczy do słodkiego smaku zwycięstwa.
Z czego wynika tak wysoka pozycja w tej klasyfikacji i jak ją interpretować? Czy można mówić o fenomenie polskiej wikipedii, której udało wedrzeć się na globalny szczyt web 2.0 i usadowić zaraz przed podium? Czy też mamy raczej do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, jakimś zbiegiem okoliczności a może nawet “nabijaniem” statystyk?

Podszedłem do problemu z innej strony i postanowiłem sprawdzić ilość artykułów w stosunku do liczby osób mówiących danym językiem. Taka względna liczba artykułów wydaje mi się o wiele bardziej frapującym punktem widzenia. Wartość tę oznaczam jako WSI (Wiki Strength Index) czyli Wskaźnik Siły Wiki (po polsku byłoby to WSW a jak wiemy tej instytucji już nie ma). Liczbę mówiących w danym języku wziąłem z angielskiej wiki; brałem pod uwagę tylko wiki z liczbą artykułów większą niż 100 000. Jako liczbę osób mówiących w danym języku uznałem całkowitą liczbę osób posługujących się danych językiem, a nie tylko tych, dla których jest to język macierzysty. WSI zatem jest liczbą artykułów podzieloną przez liczbę posługujących się tym językiem w milionach osób. Takie zestawienie encyklopedii narodowych daje zaskakujące rezultaty.

Najwyższe WSI osiągnął język esperanto! Jego WSI wynosi 50 000. To ponad o 1/3 więcej niż kolejny język. Ze smutkiem jednak usuwam esperanto z ostatecznego zestawienia. Raz, że jest to to język”sztuczny” (bez urazy dla esperantystów) oraz przede wszystkim dlatego, że liczba jego “użytkowników” (dwa miliony) jest wysoce niepewna. Z zestawienia wyleciał również drugi język sztuczny: Volapuk, którym to wg wikipedii posługuje się około 20 – 40 osób (sic!). Nietrudno sobie wyobrazić, że WSI tego kuriozum osiąga jakieś astronomiczne wartości. Trudno mi uwierzyć w to, że tych kilkanaście osób napisało ponad sto tysięcy artykułów. Uznałem to za dopping i nieuczciwą konkurencję i Volapuk wyleciał z finalnej klasyfikacji. Pierwsza 10-tka wygląda więc tak:

1- Norweski 176149 5 35 230
2 -Szwedzki 287807 9 31 979
3 -Fiński 172607 6 28 768
4 -Niderlandzki 467171 27 17 303
5 -Kataloński 123369 9 13 708
6 -Polski 524291 43 12 193
7 -Czeski 103420 12 8 618
8- Węgierski 101632 15 6 775
9 -Niemiecki 782636 180 4 348
10 -Rumuński 113106 28 4 040

Pozostałe:
Esperanto 50 960
Duński 15 235
Arabski 99

Klasyfikacja wikipedii wg WSI (wartości w kolumnach to odpowiednio: liczba artykułów, liczba mówiących w milionach osób, wskaźnik WSI)

Język polski jak widać znalazł się na szóstej pozycji czyli o dwa oczka niżej niż w bezwzględnej klasyfikacji generalnej. Zestawienie to jest na tyle ciekawe, że warto sie pochylić nad nim dłuższą chwilę.
5 milionów Norwegów nastukało prawie 200 000 artykułów. To jest około 3 razy większa wydajność niż nasza. Gdybyśmy byli tak aktywni jak oni nasza wiki miałaby około 1,5 miliona artykułów czyli bylibyśmy drugą wiki na świecie zostawiając Niemców daleko z tyłu. Eh…

Bardzo wysokie WSI mają trzy pierwsze kraje, wszystkie z północy Europy. Gdyby dodać tu jeszcze Duńczyków (nie załapali sie do zestawienia bo ich wiki ma ciut poniżej stu tysięcy) to byliby na 5 miejscu. Wychodzi na to, że Skandynawowie (oraz Finowie) są zapalonymi wikipedystami i płodzą artykuły w zastraszającej ilości. Może nie mają co robić podczas swoich długich nocy? Idziemy dalej. I znów duże zaskoczenie: język kataloński – 123 tysiące wpisów! Niesamowite zważywszy na jego lokalny charakter. Proszę zerknąć jak wyglądają encyklopedie po walijsku albo szkocku, aby w pełni zrozumieć znaczenie piątej pozycji dla tego języka. Najciekawsze jest jednak to czego nie ma w tym Top 10. Nie ma angielskiego, który posiada bardzo niskie WSI = 1380. Dwa i pół miliona to niby dużo, ale nie jak na prawie dwa miliardy mówiących. Można to traktować jako porażkę, ja jednak widzę tu bardziej potencjał rozwoju – wikipedystyczną przestrzeń do ekspansji dla jedynej de facto międzynarodowej wikipedii. Frankofile z satysfakcją zauważyliby, że francuski nieznacznie, ale jednak wygrywa ze znienawidzonym angielskim. Kontynuując temat nieobecnych w Top 10: nie ma tam ani jednego języka uznawanego za międzynarodowy! Wypadły i tkwią razem równo w rządku jeden pod drugim: francuski, angielski, rosyjski, hiszpański, chiński. Bardzo słaby wynik tego ostatniego można tłumaczyć blokadą internetu przez władze ChRL. Słaby wynik hiszpańskiego – faktem, że jest używany w krajach słabo rozwiniętych. Jak wytłumaczyć rosyjskie WSI < 1000 ?! Ostatni język międzynarodowy (w sensie języka urzędowego ONZ) czyli arabski nie znalazł się w ogóle w zestawieniu. Prawie 700 milionów wytworzyło zaledwie 60 000 artykułów.

Prym wiodą małe i średnie kraje europejskie, o wysokim poziomie życia, liberalne i stabilne zarówno politycznie jak i ekonomicznie. Obszary językowe powiązane z krajami, w których panują dyktatury, państwa z zapędami totalitarnymi i imperialnymi, fundamentaliści nie są w stanie wytworzyć sprzyjającego środowiska do wykształcenia się wyedukowanego, aktywnego i samodzielnie myślącego społeczeństwa. Polska szósta pozycji ma zatem wydźwięk optymistyczny.

No i po co?

[pl]

Kiedyś przez czysty przypadek odkryłem niemiecki portal signandsight. Bardzo dobre merytorycznie i profesjonalnie prowadzone w języku angielskim strony poświęcone szeroko pojętej kulturze europejskiej i co ważniejsze, gdzie dużo miejsca poświęca się Europie Środkowej i Wschodniej, która czasami ma się wrażenie nie istnieje w innych mediach (np. brytyjskich). Hasłem signandsight jest “Let’s talk European” – “Mówmy po europejsku”.
Kanałem RSS dostałem info o artykule o tytule “Why Ukraine has no place in the EU” ["Dlaczego dla Ukrainy nie ma miejsca w Unii Europejskiej"]. Dość zdecydowane sformułowanie jak na tytuł artykułu; przez moment myślałem, że tytuł ten ma charakter przewrotny. Autor jego, niejaki pan Richard Wagner (nic wspólnego z kompozytorem! :) ) w dość dziwny sposób dowodził swojej tezy sformułowanej w tytule (odsyłam do artykułu). Przeczytałem tekst kilka razy. Jako zwolennik wstąpienia naszego wschodniego sąsiada do Unii chciałem zapoznać się z argumentami przeciwników. Mówiąc szczerze miałem problem ze zrozumieniem argumentacji autora.

Tymczasem pod artykułem pojawiło się kilka ostrych komentarzy-kontr, jak podejrzewam pisanych przez osoby pochodzenia ukraińskiego. Emocje w nich rosły i z przykrością doczytałem się jak powracają dawne stereotypy i uprzedzenia (dostało się także Polakom). Nie mogłem powstrzymać i dodałem również własny. Oczywiście nie sposób było zbić wszystkich “argumentów” prezentowanych przez autora, ale nie taki był mój cel. Na szczęszie do dyskusji oficjalnie włączył się znany w Polsce pisarz Martin Pollack i dość ostro zdyskredytował wywód pana Wagnera.
I to w zasadzie tyle.
Zastanawia mnie jednak co innego. Dlaczego redaktorzy tak dobrego site’u jak signandsight opublikowali tak kiepski merytorycznie i jątrzący artykuł. Czy po prostu publikują wszystko jak leci czy też tezy przedstawione przez Richarda Wagnera są jednak częścią większej opinii w Niemczech na temat Ukrainy i przez to Polski pośrednio. Pisze o tym Martin Pollack zaraz na początku swojej riposty. Co gorsza oryginalny felieton ukazał się drukiem w “Neue Zürcher Zeitung”. Podejrzewam, że riposta Pollacka już nie.

Polska Rzeczpospolita Piracka (I)

[pl]

To były złote czasy Polskiego Radia. Przynajmniej dla nas. Nie wiem czy Polskie Radio tak to dzisiaj postrzega, ale ja zdecydowanie nadal tak.
Ta szacowna instytucja, z prawie 70 letnią wtedy tradycją nadawała piracką muzykę. Ot tak po prostu. W cały umiłowany kraj, w Polskę od morza do morza. Nie to, żeby jakoś ukradkiem, jakoś półlegalnie. Nie. Legalnie. Piracko, ale legalnie.
Pustka prawna jaką wytworzyło upadek peerelu i powstanie III Rzeczypospolitej była dla nas cudem. Piractwo było legalne to znaczy można było puszczać w eter całe płyty (przynajmniej wykonawców zagranicznych), co też robiono. Na przykład taki “Wieczór Płytowy” w II PR, w którym udzielał się między innymi śp. Tomasz Beksiński. Byli też inni dziennikarze, ale nie podam nazwisk, aby nie było, że donoszę.
Czatowaliśmy z magnetofonami, gotowi, czysta kaseta, najlepiej zachodnia, nie jakiś tam Stilon Gorzów (“taśma magnetofonowa w kasecie”). Jak ktoś nie zdążył to się później wymienialiśmy. Co gorsza pan prowadzący często ułatwiał ten niecny proceder: informował ile trwa pierwsza strona, ile druga, jakie są tytuły utworów (to się nagrywało razem z płytą), tłumaczył je z angielskiego na polski. Nowa płyta Pink Floyd? Proszę bardzo nadajemy. Wznowienie starego krążka Petera Hammilla – proszę bardzo już leci.
Nie wiem ile osób brało w sumie udział w tym przestępstwie (tak należałoby to teraz określić). Słuchaczy, w przeciwieństwie do użytkowników internetu trudno policzyć, nie mówiąc już o identyfikacji. Myślę, że kilkanaście tysięcy by się uzbierało w przypadku co popularniejszych nagrań.
Siedzieli w swoich domach, z palcem na czerwonym klawiszu i bez żadnych zahamowań bezczelnie nagrywali. Za darmo! Prawie za darmo bo płaciło się abonament. W zasadzie powinienem napisać “nagrywaliśmy”, bo też w tym brałem udział. Nikt wtedy nie brał pod uwagę “praw autorskich”. Sam zwrot był oczywiście nam znany, tak jak słyszeliśmy np. o karcie kredytowej, ale nikt z nas jej na własne oczy nie widział. Ogólnie było to pojęcie mętnie pojmowane, pochodziło bowiem z tzw. kultury tzw. Zachodu. A my byliśmy w Polsce czyli nigdzie.
Dla nas ten wieczór płytowy i inne audycje był prawie jak mazurek Szopena nadany zaraz po wojnie, albo jak Radio Wolna Europa dla pokolenia Solidarnościowców. Taki powiew wolności w dusznych betonowych blokach, wyrwanie z prowincjonalne rutyny, z zamknięcia w niemożności, jakieś wejście w inny świat. Wielki świat bo mówiący po angielsku. My też udawaliśmy, że mówimy po angielsku, co było relatywnie łatwe, bo dookoła nas nikt tak naprawdę nie znał języka Led Zeppelini, Hendrixa czy The Doors.
Mam te taśmy do dziś. I tak się zastanawiam co mam teraz z nimi zrobić? Zanieść do prokuratury? Spalić publicznie? Napisać konstruktywną samokrytykę i wysłać do ZAIKSu? Czy może zniszczyć dowody tej okropnej zbrodni, w której nieświadomie (ale co to za wytłumaczenie?) brałem udział?
Nie. Zachowam. Tak jak do tej pory. Jako relikwię. Schowam gdzieś dobrze, na strychu, albo w wewnątrz telewizora, którego nie posiadam. Jak najdzie mnie policja i splądruje mi mieszkanie w imię poszanowanie prawa to będę miał: Manfred Man’s Earth Band “The Watch” i Urah Heep “Wonderworld” razem z głosem Beksińskiego z zaświatów. Teraz mam wprawdzie winyl, ale pewnie też zarekwirują, choć legalny. A taśma jest mała, można ukryć w kieszeni albo jeszcze gdzieś głębiej i potem posłuchać w kącie cichutko. Taki kawałek własnego życia na własność. I to za darmo.

Interview with Zygmunt Bauman

[en]

Italian newspaper ResetDoc has published excellent interview with Zygmunt Bauman.

Because the article is in english: no comments just the text here.

Wywiad z Zygmuntem Baumanem

[pl]

Włoska gazeta ResetDoc opublikowała doskonały wywiad z Zygmuntem Baumanem, który porusza m.in. nieaktualność tradycyjnie rozumianych podziałów na lewicę i prawicę. Bauman ilustruje swoje spostrzeżenia również w oparciu o przykłady z polskiej polityki. Wskazuje on na przykład na słabość środowisk lewicowych, która ma swoje źródło w brak rdzenia (spoiwa) ideologicznego, które zostało zastąpione przez wspólną niechęć do prawicy. Bauman dość ostro krytykuje ową “tęczową koalicją”. Krytyka Baumana jest szczególnie cenna przez to, że pochodzi od intelektualisty deklarującego się zdecydowanie po lewej stronie.
Warto przeczytać.

Three times infinity

[en]

The book has cost exactly 9.50 polish zlotych, a bit difficult to believe at least owning to the fact that it is a prewar publication. It might be that the seller considered the secondary school book 75 years old not worthy more. He might have even bought it where I was looking out for old Polish books a couple of days ago: at the bukinists near the Royal Armory. It might be as well that the book is not worthy more than the price and that the old-book market is full of such ones.
Student’s book for arithmetic for the first class of the secondary school, Lvov – Warsaw 1933 has cost originally 2 zlote 10 groszy “including the stamp for building public schools”. On the firts page, right, at the top there’s a signature “[belongs] to Irka Kuklińska, stud. of 1st class”. Inside a few signs made in pencil, this means the book was used, might be after the war. The book was written by three authors: Stefan Banach, Wacław Sierpiński and Włodzimierz Stożek. World famous scientists were busy writting book for teenagers. Sounds unthinkable. The reason for that was quite simple for those days: huge lack of educated elite made them write school books. Books – as for example Banach was the author of other school publications.
Sierpiński was the only out of the three the lived until his old age, died 1969 in Warsaw. Banach stayed in Lvov and died in 1946. Stożek was executed altogether with other professors of Lvov University in 1941; he was shot with his two sons. History wrote its own epilogue to this unimportant arithemtic book worthy 9,5 that found its place in my home in Lodz. The epilogue that does not neither follow the purity of mathematical abstractions nor innocence of school calculations.

Trzy razy nieskończoność

[pl]

Książka kosztowała dokładnie 9,50 zł, trochę trudno mi w to uwierzyć zważywszy choćby na fakt, że to wydawnictwo przedwojenne. Być może sprzedający uznał, że podręcznik do gimnazjum napisany przed 75 laty nie jest więcej wart. Być może kupił ją tam, gdzie i ja wypatrywałem niedawno starych polskich książek: u bukinistów pod Arsenałem. Być może w rzeczywistości książka nie jest więcej warta i pełno takich na rynku antykwarycznym.
Podręcznik do arytmetyki dla I klasy gimnazjum, Lwów – Warszawa 1933 kosztował oryginalnie 2 złote 10 groszy “wraz ze znaczkiem na budowę szkół powszechnych”. Na pierwszej stronie w prawym górnym rogu podpis: “Irki Kuklińskiej, ucz. kl. I”. W środku książki drobne zakreślenia ołówkiem, widać była używana. Możliwe, że już po wojnie. Książeczkę napisało aż trzech autorów: Stefan Banach, Wacław Sierpiński i Włodzimierz Stożek. Światowej sławy naukowcy u szczytu swych możliwości zajmowali się pisaniem podręcznika dla nastolatków. Rzecz chyba nie do pomyślenia. Powód w tamtych czasach podejrzewam zupełnie prozaiczny: ogromny brak wykształconej elity powodował, że musieli zajmować się pisanie książek do szkół. Książek bo na przykład Banach był autorem jeszcze innych podręczników.
Sierpiński jako jedyny z całej trójki dożył późnych lat, zmarł w 1969 roku w Warszawie. Banach został we Lwowie – umarł w 1946. Stożek został rozstrzelany wraz z innym profesorami lwowskiego uniwersytetu w 1941; zginął razem z dwójką swoich synów. Do nieistotny już podręcznika do arytmetyki za 9,5, który koniec końców wylądował u mnie w Łodzi historia dopisała swój epilog, niestety niepasujący do czystości matematycznych abstrakcji ani niewinności gimnazjalnych rachunków.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.